PSYCHO-TERAPEUTYCZNY GABINET online

woman in blue denim jacket with red rose on ear
03 stycznia 2026

Odblask św. Trójcy w człowieku

Zacznijmy od takiego fundamentalnego pytania. Jak głęboko teologia w ogóle może zajrzeć w tajemnice tego, kim jesteśmy? Jak w samej strukturze naszego umysłu, w tej zdolności do myślenia, tworzenia, no i miłosci, kryje się echo samego Boga?

Nie jesteśmy tylko przypadkowym zbiorem atomów, ale że nosimy w sobie pewien boski projekt. A tradycja chrześcijańska podchodzi do tego z niezwykłą precyzją. Zanurzymy się dzisiaj w jedną z absolutnie fundamentalnych koncepcji teologii katolickiej.

Człowieka jako imago trinitatis, czyli obraz Trójcy Świętej. Spróbujemy zrozumieć, co to właściwie znaczy być stworzonym na obraz i podobieństwo Boże według jednego z największych intelektualistów w historii Kościoła, świętego Tomasza z Akwinu. Od stworzenia człowieka jako obrazu, przez jego zniekształcenie, aż po proces odnowy i ostateczne zjednoczenie z tym co jest pierwowzorem. Sam Tomasz określa to jako Exitus Ireditus. Czyli wyjście od Boga i powrót do Niego. Zanim zrozumiemy, jak my jesteśmy obrazem, musimy zapytać, kim jest Bóg w myśli Tomasza z Akwinu. Zanim on sięgnie po objawienie, używa czystego rozumu. To są takie logiczne dowody, które mają nas doprowadzić do wniosku, że musi istnieć coś, co nazywamy Bogiem. Jakaś pierwsza przyczyna, pierwszy poruszyciel, byt absolutnie konieczny.

Tomasz definiuje istotę Boga jako Actus Purus. Czysty akt. Wyobraźmy sobie cokolwiek we wszechświecie. Drzewo, człowieka, planetę. Wszystko to jest mieszanką aktu i potencji. Drzewo jest drzewem, to jest jego akt. Ale ma potencjał, by stać się stołem. Ja jestem sobą, ale mam potencjał, by nauczyć się. Zawsze jest w nas jakaś niezrealizowana możliwość, jakiś brak. I to sprawia, że jesteśmy zmienni, niedoskonali. Tomasz stwierdził, że jeśli Bóg jest doskonały, to nie może w nim być żadnej potencji. On po prostu musi być czystą, pełną, zrealizowaną rzeczywistością. Czystym aktem. Czyli, gdyby Bóg miał w sobie jakiś potencjał, to by oznaczało, że czegoś mu brakuje. Że mógłby stać się lepszy albo inny. A to zaprzeczałoby idei doskonałości. I prowadzi nas do jeszcze większej zagadki. No bo jak pogodzić tę absolutną prostotę i niezmienność Boga, jako czystego aktu, z chrześcijańską doktyną o Trójcy Świętej? Trzy osoby w jednym Bogu. To jest ten moment, w którym filozofia musi ustąpić miejsca teologii. A rozum musi się pokłonić tajemnicy.

Tomasz wyjaśnia, że w Bogu jest jedna natura. Jedna boska istota. Ten właśnie czysty akt. Ale wewnątrz tej jednej istoty istnieją trzy osoby. Ojciec, Syn i Duch Święty. Ich różnie nie istota, bo tę mają wspólną, ale relacje pochodzenia. Relacje nie dodają nic do istoty, nie dzielą jej, ale pozwalają na istnienie wielości w jedności. Pochodzenia, czyli Syn pochodzi od Ojca, a Duch Święty od Ojca i Syna. Św. Tomasz proponuje analogię psychologiczną. Mówi, spójrzmy na działanie naszego własnego umysłu. W Bogu istnieją dwa wewnętrzne procesa, dwa pochodzenia. Pierwszy jest na sposób intelektu. Ojciec, poznając samego siebie, odwiecznie rodzi doskonały obraz siebie, swoje słowo, po łacinie verbum, to jest właśnie Syn. Drugi proces jest na sposób woli. Miłość między Ojcem, a poznającym go Synem jest tak doskonała, tak rzeczywista, że sama jest osobą, Duchem Świętym, który pochodzi od nich obu, jako miłość. Czyli samo wewnętrzne życie Boga to odwieczny akt poznania i miłości. Myśl, która jest osobą i miłość, która jest osobą. To jest ten pierwowzór, do którego mamy się odnosić.

Św. Tomasz wprowadza rozróżnienie jako ślad i obraz. Mówi, że wszystkie stworzenia noszą w sobie vestigium, czyli ślad trójcy. Wszystkie, nawet kamień. Bo w każdym byciu możemy dostrzec echo trójjednego Boga. Istnienie, które przypisujemy Ojcu jako Stwórcy, formę i porządek, które przypisujemy Synowi jako Słowu oraz dążenie do celu i dobra, które przypisujemy Duchowi Świętemu. Czyli kamień, roślina, zwierzę, wszystko nosi ten potrójny ślad. Trochę jak odcisk stopy w piasku. Mówi nam, że ktoś tędy przechodził, ale sam odcisk nie jest tej samej natury co stopa. A Obraz po lacinie imago to coś znacznie więcej. Obraz zakłada podobieństwo gatunkowe, podobieństwo w samej naturze. I Tomasz twierdzi, że to podobieństwo odnajdujemy tylko w stworzeniach rozumnych. Aniołach i ludziach. Bo tylko my, podobnie jak Bóg, jesteśmy w stanie poznawać i kochać. Nasza rozumna natura jest tym, co czyni nas obrazem. I tu wracamy do tej psychologicznej analogii. To nie jest tylko jakby metafora opisująca Boga, ale faktyczny schemat naszej własnej duszy. To jest centralny punkt całej tej koncepcji. Tomasz mówi, że najdoskonalszy obraz Trójcy w człowieku znajduje się w jego umyśle, w jego duszy rozumnej. I widzi tam odbicie tych boskich pochodzeń. Zobaczmy.

Po pierwsze, jest umysł sam w sobie, jako źródło myśli, pamięć tego, kim jesteśmy. To jest analogia do ojca. Po drugie, ten umysł generuje z siebie myśl, wewnętrzne słowo, pojęcie o sobie i o świecie. To jest analogia do syna słowa. I po trzecie, z tego poznania rodzi się akt woli, miłość do poznanego dobra. To jest analogia do Ducha Świętego, miłości. Spróbuję to ująć swoimi słowami: Ja mam umysł, który jest fundamentem. To ojciec. Ten umysł myśli tworzy o sobie ideę, koncept, słowo. To syn. A relacja między moim umysłem, a jego własną myślą, ten akt woli, miłości do tej myśli, to trzeci element Duch Święty. Oczywiście trzeba pamiętać, że w naszym przypadku to są trzy operacje jednego umysłu, a w Bogu to trzy współistotne osoby, więc to tylko analogia. To pokazuje, że ta trójca, pamięć, intelekt i wola, stanowi naturalny, niezniszczalny rdzeń obrazu Boga w nas. I co ważne, nikt i nic, nawet grzech, nie może nam tego odebrać. Ponieważ istota obrazu leży w naturze rozumnej, w intelekcie i woli, a tę naturę posiadają w równym stopniu obie płci.

A co z tymi wszystkimi fragmentami Pisma, np. od św. Pawła, które były wtedy często interpretowane inaczej? Tomasz je analizuje i mówi, że one dotyczą pewnych drugorzędnych aspektów, np. porządku stworzenia z Księgi Rodzaju, gdzie Ewa powstaje z Adama, albo ról społecznych w ówczesnej kulturze. Ale, i to podkreśla, te drugorzędne różnice w żaden sposób nie naruszają fundamentalnej równości w byciu obrazem Boga co do istoty. Co więcej, że ten obraz nie jest tylko indywidualny. Odbiciem trójcy, która jest przecież wspólnotą osób, jest także ludzka wspólnota. Oczywiście, najbardziej podstawowym przykładem jest małżeństwo i rodzina. Miłość między mężczyzną a kobietą, która jest płodna i owocuje nowym życiem, dzieckiem, jest dla Tomasza piękną, ziemską ikoną trójcy. Mamy tu do czynienia ze wspólnotą miłości na wzór boskiej komunii, gdzie miłość między ojcem a synem jest tak doskonała i płodna, że jest osobą duchem świętym. Mamy w sobie ten niezniszczalny, wspaniały obraz Boga indywidualnie i we wspólnocie.

Ale to od razu rodzi pytanie, jeśli ten projekt jest tak doskonały, to dlaczego świat i my sami jesteśmy tak bardzo niepoukładani? Gdzie w ten piękny model wpisuje się grzech? To jest druga strona medalu. Tomasz jest realistą, nie idealistą. Grzech pierworodny nie niszczy obrazu w jego fundamentalnej strukturze. Czyli wciąż mamy rozum i wolę. Tak, ale jak to obrazowo opisuje, zniekształca go i brudzi. Używa takiego określenia – zmaza grzechowa. To tak jakby na piękny portret ktoś rzucił błoto. Portret wciąż tam jest, ale jego piękno jest ukryte, zamazane. A na czym polega to zbrudzenie, ta zmaza? Przede wszystkim na utracie łaski uświęcającej, którą Tomasz widzi jako takie nadprzyrodzone piękno duszy. Grzech sprawia, że nasza natura, choć wciąż dobra, zostaje zraniona. Nasz intelekt jest jakby przyćmiony, trudniej mu poznać prawdę. Nasza wola jest osłabiona, skłonna do zła. Nasze namiętności wymykają się spod kontroli rozumu. Obraz Boga w nas staje się karykaturą samego siebie. I co najważniejsze, człowiek o własnych siłach nie jest w stanie tego błota zmyć i przywrócić obrazowi pierwotnego blasku. I tu wkracza Boża łaska. Dla Tomasza łaska to nie jest tylko jakieś ogólne, życzliwe nastawienie Boga. Opisuje ją jako nadprzyrodzony dar, nową jakość wlaną przez Boga w duszę, która ją lączy, oczyszcza i podnosi ponad jej naturalne możliwości. To jest Boża miłość, która staje się wewnętrzną siłą człowieka, odnawiającą to utracone duchowe piękno. A ostatecznym narzędziem tej renowacji jest sam Chrystus. On jest kluczem do wszystkiego. Tomasz nazywa Go imago in creata. Stworzonym obrazem Boga. Doskonałym obrazem Ojca. I w akcie wcielenia ten doskonały obraz przyjął naszą ludzką naturę, żeby odnowić ten zniekształcony obraz w nas. Zbawienie w tej perspektywie polega na upodobnieniu się do człowieczeństwa Chrystusa. To proces, który teologia wschodnia nazywa przebóstwieniem. Przez zjednoczenie z Chrystusem stajemy się przybranymi dziećmi bożymi, a obraz w nas odzyskuje swoją klarowność i piękno.

W tej, powiedzmy, galerii odnowionych obrazów przyznajemy absolutnie wyjątkowe miejsce Matce Bożej. Jest ona przedstawiona jako najwierniejsza, najdoskonałsza ludzka ikona Trójcy. Jako cała piękna tota pulchra, od poczęcia wolna od zmazy grzechu i pełna łaski. Jest najdoskonalszym przykładem tego, czym miał być człowiek w Bożym zamyśle. Jest najpiękniejszym arcydziełem Boga, wzorem dla wszystkich, którzy dążą do odnowienia obrazu w sobie. To pokazuje, że bycie obrazem Boga to nie jest coś statycznego, co po prostu mamy. To jest zadanie, proces, dynamiczna podróż.

Podstawowym narzędziem są cnoty. Słowo cnota może dziś brzmieć trochę staroświecko, ale dla Tomasza to coś jest bardzo praktycznego. Definiuje cnotę jako dobrą jakość umysłu, czyli stałą sprawność, nawyk, który uzdalnia nas do dobrego działania. Na początku jest trudno, ale przez ćwiczenie nabieramy wprawy i gramy płynnie i pięknie. Cnoty to takie sprawności duchowe. Cnoty takie jak sprawiedliwość, męstwo czy umiarkowanie doskonalą poszczególne władze naszej duszy, wolę, uczucia i sprawiają, że nasze działania stają się bardziej uporządkowane, harmonijne. I przez to obraz Boga w nas jaśniej świeci. A wśród tych wszystkich cnut Tomasz przyznaje rolę dyrygenta roztropności. Roztropności. Nazywa ją mądrością w sprawach ludzkich. Roztropność to zdolność do poprawnej oceny sytuacji i wyboru właściwych środków do osiągnięcia dobrego celu. Bez roztropności, jak mówi Tomasz, męstwo staje się brawurą, sprawiedliwość okrucieństwem, a hojność rozrzutnością. To ona kieruje pozostałymi cnotami jak woźnica rydwanem. Czyli cały ten wysiłek, życie w łasce, praktykowanie cnut, naśladowanie Chrystusa, wszystko to ma swój ostateczny cel, wielki finał tej podroży powrotnej. Ostatecznym celem jest doskonałe szczęście. I Tomasz jest tu bardzo precyzyjny. To szczęście nie polega na niczym, co możemy znaleźć na ziemi. Ani na bogactwie, ani na władzę. Ani na przyjemnościach, ani nawet na samym praktykowaniu cnut. To wszystko są tylko środki. Prawdziwe, ostateczne szczęście polega na zjednoczeniu z samym Bogiem, który jest źródłem wszelkiego dobra.

A jak wygląda to zjednoczenie? Czym ono jest w swojej istocie? Istotą tego szczęścia jest coś, co Tomasz nazywa visio beatifica. Wizja uszczęśliwiająca. Tak, chodzi o bezpośrednie, intelektualne oglądanie istoty samego Boga w niebie. To jest ten moment, w którym obraz w pełni jednoczy się ze swoim pierwowzorem. To jest ostateczne zaspokojenie najgłębszego pragnienia ludzkiego intelektu. Poznania prawdy absolutnej. Zrozumienia odpowiedzi na wszystkie pytania, dlaczego. Jak nasz ograniczony ludzki umysł miałby być w stanie zobaczyć i pojąć nieskończoną istotę Boga? Czy to nie jest tak, jakby próbować wlać ocean do filiżanki? O własnych siłach absolutnie niemożliwe. I tu Tomasz wprowadza ostatni element układanki: lumenglorie, czyli światło chwały. Światło chwały. To taka ostatnia nadprzyrodzona pomoc od Boga, która wzmacnia i podnosi ludzki intelekt ponad jego naturalne granice. Uzdalniając go do tego bezpośredniego oglądu. Bez tego dopalacza, jakbyśmy dziś powiedzieli, nasz umysł zostałby oślepiony blaskiem Bożej istoty. I w ten sposób domyka się cały cykl. Podróż, która zaczęła się od wyjścia od Boga w akcie stworzenia, kończy się chwalebnym powrotem i pełnym zjednoczeniem w poznaniu i miłości.

Dla kogoś, kto patrzy na świat z perspektywy tradycyjnej wiary katolickiej, opartej na myśli Tomasza, to nie jest tylko jakaś ciekawa teoria filozoficzna. To jest fundamentalna prawda o tym, kim jest człowiek, skąd pochodzi i dokąd zmierza. Każdy element życia, od metafizyki po moralność, jest tu spójny i zorientowany na ten jeden, ostateczny cel. Zjednoczenie z Bogiem.